Czemu katastrofy?

Przyzwyczailiśmy się do wypadków drogowych – zadziwia nas tylko ilość „procentów” w organizmie sprawcy. Wypadki lotnicze też się zdarzają, choć niektórzy dopatrują się zamachów. Katastrofy morskie przykuwają uwagę, gdyż ilość ludzi w nich biorąca przewyższa zazwyczaj i lotnicze i drogowe.

Wypadki lotnicze i drogowe rozgrywają się w sekundach czy minutach, w odróżnieniu od nich awarie i wypadki morskie ciągną się godzinami, a nawet dniami. Oznacza to, że człowiek – nawet ten który zawinił – jest w stanie wykorzystać czas na ratowanie ludzi i jednostki. A najczęściej jest tak, że jeśli uratuje się statek to i ludzie przeżyją.


Ostatnia katastrofa promu koreańskiego do złudzenia przypomina wypadek COSTA CONCORDII – oba statki nie płynęły tak jak powinny. Statek włoski wykonywał skręt zbyt blisko wyspy Giglia, prom koreański również „ścinał zakręt”. Tchórzliwe zachowanie obu kapitanów też podobne.

Najczęściej zawodzi człowiek lub cały zespół. W obu porównywanych katastrofach personel pomocniczy przekonuje pasażerów w chwili oczywistego zagrożenia, żeby pozostać w kabinach i „zachować spokój!”. Tymczasem szansą ratunku jest właśnie wyjście na pokład przewracającego się kadłuba.

Ćwiczymy to na każdym polskim jachcie w każdym morskim rejsie. Alarm opuszczenia statku (tzw.abandon) wymaga, by cała załoga wyszła na pokład i zebrała się przy tratwach ratunkowych.

Tak uratowała się załoga jachtu ZEWU MORZA, który tonął na Morzu Śródziemnym, tak ocaleli uczniowie kanadyjskiej szkoły pod żaglami, gdy przewrócił się ich żaglowiec CONCORDIA.

Nie mogę się doczytać jaka była przyczyna tragedii Koreańczyków na fatalnym promie, ale wystarczy spojrzeć na zachowanie kapitana, by móc odczytać cały dramat.
Trwa ładowanie komentarzy...