Być kapitanem

Na środowisko żeglarskie padł blady strach. Ministerstwo Infrastruktury przygotowało projekt rozporządzenia wprowadzającego cztery nowe stopnie zawodowych kapitanów jachtowych zwanych komercyjnymi dla tych, którzy prowadzą odpłatne (innych nie ma) kursy żeglarskie na większych jachtach.

Dotychczas większość żeglarzy uprawiała ten rodzaj sportu dla przyjemności, a wiedzę i kwalifikacje zdobywała na kursach. Teraz ośrodki szkoleniowe muszą poddać się audytowi, a prowadzący zajęcia zdobyć (nostryfikować?) stopnie „komercyjne”. W rozporządzeniu wyliczono ramowe programy szkoleń na każdy stopień – zebranie ich razem wypełnia mniej więcej pięcioletni kurs wyższej szkoły morskiej.



Trzeba przyznać, że żeglarze sami się prosili o wprowadzenie jakichś obostrzeń, ponieważ żądanie „liberalizacji przepisów” doprowadziło do tego, że dziś kapitanem jachtowym zostaje się bez żadnych egzaminów i sprawdzianów. Wystarczy przedłożyć odpowiednią ilość papierów w postaci opinii z rejsów i nikt nie sprawdza czy rejsy te w rzeczywistości się odbyły. W efekcie dyplom kapitański dostaje każdy bez sprawdzenia jego kwalifikacji, co budzi przerażenie urzędów morskich odpowiedzialnych za bezpieczeństwo żeglugi.

Tym razem wahadło poszło w drugą stronę, stanowczo za daleko. Już z ramowych programów szkoleń dołączonych do rozporządzenia wynika, że wiedzę potrzebną kapitanowi podzielono sztucznie między poszczególne stopnie. Zapowiada się duża chryja.

Na wszelki wypadek napisałem do Kanady, by odkurzyli mój patent międzynarodowy International Yacht Training (uznawany przez polską administrację morską), bo na studia na Akademii Morskiej jestem chyba za stary, a chciałoby się jeszcze trochę pożeglować.
Trwa ładowanie komentarzy...